Zbrodnie na książkach

Okazała mi swoją władzę. Tę jedyną drobinę panowania nad innymi, jaką daje się bibliotekarce.

– Bez karty nie można – wycedziła, nie odrywając oczu od ekranu.

I na nic uśmiech przepraszający, na który nie zwróciła uwagi i zapewnienia, że w domu, że dowód okazać, że numer karty pamiętam.

– Bez karty nie można – raz jeszcze zawisło w powietrzu.

Odłożyłem na nieswoje miejsce Stasiuka, co myśli podaje tak gęste, że tylko łyżką nabierać. Zagubiłem w obcych sygnaturach Przyborę, pana od życzliwego humoru. I potem do widzenia wystygłe, niesłodkie.

Pomyślałem, że życzliwość przegrała z procedurami.  Wystarczy przecież kila uderzeń w klawiaturę, by odnaleźć moje konto. Gdybym  skłamał,  że kartę zgubiłem „nie można”  przepadłoby za sprawą kilku złotych.  Dostałbym nową kartę,  zabrał książki do domu i zaoszczędził masę czasu.

Wyszedłem  wolny od irytacji z słodkim posmakiem zemsty. Dokonałem właśnie zbrodni bibliotecznej. Dwoma źle odłożonymi tomami naruszyłem bezkresną harmonię rozciągniętą na kolejnych regałach i spojrzałem z góry na strażnika tej harmonii.

***

Śnił mi się Mariusz Szczygieł.  Siedział za stolikiem z Ikei lekko niczym cytrynek listkowiec.  Cierpliwie podpisywał kolejne egzemplarze książki „Projekt: prawda”.  Jednak przy jednym z czytelników przepełniony irytacją wybuchnął. Do frustracji doprowadziła go niepokornie zsuwająca się z książki obwoluta. Zrugał czytelnika. Pokrzykiwał, że to brak szacunku dla autora, że czytelnik mógł przykleić obwolutę do tylnej okładki, tak żeby się nie przesuwała tak, jak to zrobił ten pan. Tu bezceremonialnie wskazał  palcem na mnie.

Prawda, ta ukryta poza snem, jest taka, że kilka dni wcześniej zostawiłem najnowszą książkę pana Mariusza na kuchennym parapecie. Ta drobna niefrasobliwość doprowadziła do spotkania książki z wilgocią skraplającą się zimą na okiennych szybach. Zniszczył się tył okładki. Obwoluta cudem ocalała. By ukryć wstydliwą prawdę popełniłem zbrodnię, haniebny zabieg przyklejenia obwoluty do tylnej strony okładki.

To zadziwiające, że nawet w śnie człowiek próbuje usprawiedliwić swoje małe występki. Że łatwiej złożonemu w objęcia Morfeusza umysłowi sobie wyobrazić Mariusza Szczygła w przypływie szału, niż przyznać się, że jednak nie zrobił dobrze.

***

Porządna książka nie jest po to, aby czytelnik mógł łatwiej usnąć, ale żeby musiał wyskoczyć z łóżka i tak jak stoi, w bieliźnie, pobiec do pana literata i sprać go po pysku. Tak przynajmniej pisał Hrabal. Takie książki (porządne)  są jak zazdrosne kochanki, albo dzieci domagające nieustannego oddawania im całej uwagi. Obojętność traktują jak największą zniewagę. Wciąż poszukują akceptacji, potwierdzenia swojej wartości.

Gdy byłem chłopcem usłyszałem od pewnego księdza, że każdy człowiek w czyśćcu będzie siedział dopóki nie przeczyta wszystkich książek, które leżą na jego półce niedokończone. Wtedy myśl ta zdawała się przerażająca. Widziałem przed sobą całe sterty wytworów najgorszej grafomanii, albo książek zbyt trudnych. Takich, do których nie dorosłem. Dziś czuję się z nią spokojny. Bo co to za czyściec, w którym są książki?

 

Share on FacebookTweet about this on Twitter