Choć nie patrzy prosto w oczy, nie spuszcza też zbytnio złotego spojrzenia. Stoi zrodzona z morskiej piany. Niedbale zasłania swoje nagie ciało. Venus pudica, Wenus skromna, Wenus wstydliwa. 

Nikt nie wie na pewno kim jest dziewczyna z obrazu. Niektórzy twierdzą, że to  Simonetta Vespucci, florencka szlachcianka, daleka krewna  Amerigo Vespucciego, odkrywcy i kartografa. Zwyczajne usta, nos, sylwetka. Włosy miedziane, rozjaśnione jak u setek florenckich dziewcząt. Szyja zbyt długa, lewy bark obniżony do nienaturalnej, niemożliwej anatomicznie pozycji. A jednak jest w niej  niebagatelne piękno; niezwykłe, jasne światło. Światło, które tłumi dłońmi, włosami. Skromna nie z wychowania, nie z zasad, kultury. Skromna z natury.

Zefiry splecione w miłosnym uścisku oddechem swym kierują boginie w stronę Hory spieszącej z płaszczem, by okryć dziewczynę. Nagość, choć piękna spokojnie płynie, szukając schronienia w powłóczystych szatach.  Świat śpiewa złotymi skrami, kwiatami róż sypiącymi się z nieboskłonu, ciepłym, łagodnym powiewem. Piękno przez chwilę obnażone za chwilę skryje się przed spojrzeniem. Pozostanie tajemnicą, wyzwaniem dla szukającego.

A gdyby poszukać, czy jest gdzieś jeszcze łagodny uśmiech panny Vespucci? Czy między bilbordami, tabloidami, budką z kebabem i wulgarną dosłownością jest schowana łagodna twarz wstydliwej Wenus? Czy jest gdzieś jeszcze? Może tylko na włoskich dziesięciocentówkach  i na opakowaniach produktów firmy Adobe.

 

 


„Narodziny Wenus”  Sandro Botticelli ok. roku  1485

tempera na płótnie

Galeria Uffizi


 

Udostępnij:
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter