Od trzeciego dziecka zaczyna się patologia

Mam trójkę dzieci. Dwie cudowne dziewczynki i wspaniałego chłopca. Żyjemy bez przeczucia przekroczenia jakiejś normy społecznej. Jednak co krok próbuje się nam przypomnieć, że trójka to już wielodzietność, a wielodzietność to patologia.

Niespodziewany dzwonek do drzwi. Nikt się nie zapowiadał. Nikogo się nie spodziewamy. Bawiliśmy się właśnie na dywanie. Mama, tata, trójka dzieci, z których najmłodsze miało wówczas zaledwie kilka tygodni. Dzwonek brutalnie przerwał sielankę. Ktoś musiał wstać, oderwać się, sprawdzić z jaką niecierpiącą zwłoki sprawą świat dobija się tym razem.  Gdy stanąłem w drzwiach oczy ze zdziwienia niemal nie wyszły mi z orbit, bo za progiem stała pielęgniarka z rejonowej  przychodni i z przyklejonym uśmiechem wycedziła:

– Dzień dobry, ja z wizytą patronażową.

Zaczęła się gonitwa myśli. Szybko przypominam sobie, że tuż po urodzinach każdego z moich dzieci w pierwszych dniach do domu przychodziła położna. U najmłodszej córki, też zresztą była raptem kilka dni po urodzeniu. Ale pielęgniarka z przychodni? Jakoś przy pierwszym, ani drugim dziecku nikt się do nas nie pofatygował. Grzecznie czekali, aż przyjdziemy z wizytą. Zanim zdążyłem sobie wytłumaczyć, że cała ta scena rozgrywa się rzeczywiście pani pielęgniarka siedziała w naszym pokoju, na naszej kanapie i bezceremonialnie wypełniała ankietę.

– Kącik dziecięcy- jest, łazienka- jest, ciepła woda- jest…

Wymieniając zażenowane spojrzenia czekaliśmy, aż służba zdrowia wyniesie się z naszej kanapy i sprawy znowu zaczną biec leniwym rytmem życia kręcącego się wokół niemowlaka. Czekaliśmy z głębokim przekonaniem, że wiemy już po co ta wizyta. Że wiemy dlaczego nie było jej przy urodzinach pierwszego, ani drugiego dziecka. Bo przecież to trzecie dziecko w rodzinie zmienia jej status. To od trzeciego dziecka  zaczyna się „patologia”.

Ma trójkę dzieci i pomaga

Pod koniec wakacji żona wybrała się z dziećmi na zakupy. Nic wielkiego chleb, nabiał, trochę słodyczy, zwykłe codzienne sprawunki. Przy wejściu wolontariusze z koszem na dary, bo trzeba pomóc. Bo są ludzie, którzy nie są w stanie wyposażyć swoich dzieci do szkoły. Wśród naszych zakupów znalazły się i takie, które zakupione zostały z myślą o dołożeniu swojej cegiełki do szczytnej przecież akcji.

W chwili, gdy jedno z dzieci oddawało te kilka zeszytów i opakowań kredek, pojawiła się niczym z  pod ziemi reporterka lokalnej telewizji, a zaraz za nią przybiegł kamerzysta w przepoconej koszulce. Rozentuzjazmowana swoim odkryciem nieskładnie przekonywała, że:

– … przecież musi Pani powiedzieć te kilka słów do kamery (…) bo to niebywałe, niespotykane (…) bo jak to jest, że ktoś ma trójkę dzieci i jeszcze pomaga innym?

Ze słów pani redaktor przebijał świat, według logiki którego jeśli ktoś ma trójkę dzieci, to powinien jeść chleb z pasztetem i chodzić w podartych spodniach. Świat, w którym niespodziewany wydatek rzędu kilku złotych powinien zrujnować doszczętnie budżet wielodzietnej rodziny.

 

A wielodzietność to kiedy się zaczyna?

Do podobnych wygłaszanych, czy to głośno, czy też półgębkiem poglądów zdążyłem już przywyknąć. Coraz częściej podobne uwagi puszczam mimo uszu, coraz rzadziej tracę energię na to, by je odnotowywać. Czasem gdy usłyszę padające z ust osoby publicznej stwierdzenie stawiające znak równości pomiędzy rodziną dysfunkcją, a wielodzietną żachnę się tylko nieznacznie i pokiwam z politowaniem głową. Czasem podrapię się tylko po głowie zastanawiając się od jakiej liczby dzieci zaczyna się wielodzietność.

W pokoleniu moich  rodziców rodziny z piątką, czy szóstką dzieci wcale nie były rzadkością. Ja sam wychowując się trzydzieści kilka lat temu w rodzinie z trójką dzieci nigdy nie usłyszałem, że rodzice mają dużo dzieci. Dziś przy takim stanie osobowym rodzina może śmiało nazywać się wielodzietną, a jej ojciec z pewnością zostanie ochrzczony mianem dziecioroba.

Można mieć pewną obawę, że i ten próg zostanie niebawem obniżony. Jak bowiem zakładają encyklopedie: rodzina wielodzietna to pojęcie socjologiczne używane w wielu krajach świata na określenie rodzin z wyższą niż przeciętna liczbą dzieci. Przy współczynniku  dzietności w Polsce na poziomie 1,33, za wielodzietną należałoby uznać już rodzinę już z dwójką dzieci. A jeśli nikt tego nie robi, to chyba tylko z tlącej się jeszcze odrobiny rozsądku, która nie potrafi przyjąć za tożsame określenia dwa i wiele.

Świat wyłączył sobie płodność

Pod względem wspomnianego współczynnika dzietności Polska zajmuje 212 miejsce spośród 224 przebadanych krajów. Trzeba również zauważyć , że wskaźnik ten na poziomie zapewniającym zastępowalność  pokoleń ( tj. 2,15 urodzeń na każdą kobietę w wieku rozrodczym) poza  państwami Afrykańskimi współcześnie nie występuje.  Można sobie opowiadać, że bogatsze społeczeństwa to automatycznie  mniej dzieci, bo rodzice chcą mieć pewność, że będą mogły je wykształcić. Że tam rodzice bardziej się troszczą o zapewnienie dzieciom przyszłości.  Brutalna prawda jednak wydaje się taka, że świat postanowił wykorzystać pierwszą nadarzającą się okazję, by wyłączyć sobie kłopotliwą opcję pod tytułem posiadanie dzieci.

W końcu można wyłączyć sobie płodność, za pomocą łatwo dostępnych środków antykoncepcyjnych i cieszyć się seksem bez „zagrożenia” prokreacyjnego. W końcu nie trzeba martwić się o zapewnienie sobie bytu na starość, bo utrzymają nas cudze dzieci płacące składki do systemu ubezpieczeń społecznych. W końcu nie trzeba skazywać się na niewygody, zarwane noce, trud wychowawczy. W końcu można całą życiową energię skoncentrować na sobie, wydawać na siebie więcej pieniędzy, żyć w komforcie bez zmartwień o zapewnienie bytu komuś kto jest od nas zależny.

My głupi dla świata

Nie mam pretensji, do tych, którzy tak wybrali. Ich życie, ich wybór. Nie chcą mieć dzieci, nie chcą bawić się w pieluchy – ich sprawa. Nie przekonuje nikogo, że powinien mieć więcej dzieci, że ludzie zachowują się niczym myszy z eksperymentu Calhouna i lecą ku zagładzie. Nie ględzę na co dzień, że trudzę się wychowaniem człowieka, który będzie pracował na dobro całego społeczeństwa. Nie narzekam, że ktoś powinien oddać urlop, bo ja cały swój wykorzystuję zwykle na opiekę nad dziećmi. Nie mam też przekonania, że w związku z posiadaniem dzieci coś mi się od państwa, albo od tych innych – bezdzietnych należy.

No może, poza jedną rzeczą. Poza elementarnym szacunkiem i choć minimalnym wysiłkiem włożonym w to, by zrozumieć, że ktoś może chcieć żyć inaczej. Że wielodzietność nie oznacza tego, że ktoś jest głupi nie potrafi się zabezpieczyć. Że posiadanie więcej niż jednego dziecka nie oznacza bycia zdegenerowanym alkoholikiem. Że trzy nie jest kosmicznie wielką liczbą i że nie oznacza patologii.

Share on FacebookTweet about this on Twitter