Co się stało pisklętom?

Bardzo chcemy opowiadać o życiu. Być może jednak jedyna prawdziwa historia jaką mamy do opowiedzenia dotyczy umierania. 

Gołębie uwiły sobie gniazdo na moim balkonie. Przyniosły patyki. Ułożyły w niezgrabny wieniec na plastikowej wykładzinie. Ona zniosła jajka. On zasiadł na balustradzie niczym strażnik  i na protesty było już za późno.

– Niech sobie mieszkają – pomyślałem. To tylko kilka tygodni. Jakoś się przemęczymy, przeczekamy. Zsuniemy wywieszane pranie na drugą stronę sznurka. Przyda się trochę wiosny w życiu, trochę bardzo małego życia.

Dzieci podekscytowane  zaglądały na balkon. A państwo gołębie nauczyli się nas ignorować. Ptasi popłoch został odłożony na bok. Jego miejsce zajęła zimna obojętność.

Nawet wobec gołębi trzeba być przyzwoitym.

Tuż po Wielkanocy gołębia mama na chwilę oddaliła się od swoich pociech. I w końcu mogliśmy podejrzeć to, czego tak pilnie strzegła tak pilnie  pod skrzydłami. Pisklaki urodą raczej nie grzeszyły. Ot, sine, niezgrabne pokraki oblepione żółtym puchem. Przyglądając się tej nieporadności przeleciało mi przez głowę, że nowe życie budzące na Wielkanoc ma jednak wymiar nieco symboliczny. Nawet takie niewielkie i kruche.

Historię gołębiej rodziny ostatecznie zakończyła sroka z gracją i delikatnością właściwą wszystkim przedstawicielom rodziny krukowatych.   W miejscu zajmowanym przez gołębie znalazłem dwa zakrwawione truchła. Kątem oka złowiłem biało-czarną sylwetkę.  Pozostały do zrobienia tylko dwie rzeczy.  Trzeba posprzątać ptasie trupy i pozostałości  gniazda.  A później trzeba przez kilka dni przeganiać powracającą gołębicę, żeby na nowo nie zadomowiła się na nowo. Tylko tyle. Czasem nawet wobec gołębi trzeba być pragmatycznym.

Jedni powiedzą, że nie warto było, bo smutny koniec nadszedł szybko. Inni, że warto, bo liczy się każdy oddech. Pewna jest jedna prawda : Ktoś musi posprzątać sprzątać bałagan.

 

Share on FacebookTweet about this on Twitter