Ratujmy niepotrzebne

Wjeżdżając do Henrykowa od północy można zachłysnąć się powietrzem. Rozległy widok na pobliskie Góry Izerskie zatyka. Łatwo przeoczyć, że gdzieś blisko schowany za domem stoi staruszek cis, liczące tysiąc trzysta lat najstarsze drzewo w Polsce i jedno z najstarszych w Europie. Poza wiekiem nie wyróżnia się niczym szczególnym. Wzrostu mógłby pozazdrościć dwudziestoletnim sosnom. Nie jest specjalnie rozłożysty. Nie imponuje urodą, ani opasłym pniem. Gdyby zginął zmartwiłoby się pewnie kilku przyrodników i może jeszcze ten ktoś, kto mieszka pod numerem 293. Jego miejsce w encyklopediach zajął by inny cis, z innego Henrykowa młodszy od niego o połowę. Umarłby,  jak to mają w zwyczaju staruszkowie, po cichu. I tak, jak to często u staruszków bywa, coraz bardziej podupada na zdrowiu.

Kilka lat temu wytargał go huragan. Później zacząć marnieć. Przyjechali geriatrzy od drzew. Pilnie osłuchali Matuzalema. Spod jego korzeni wygnali nornice. Wypełnili ziemią wydrążone przez nie korytarze. Wykopali studnię, by obniżyć poziom wód gruntowych. Zbudowali rusztowanie, by staruszka osłaniać siatką w te dni, gdy słońce pali zbyt bezlitośnie. Na ratowanie drzewa wydano siedemdziesiąt tysięcy złotych.  Po kilku latach rekonwalescencji cis czuje się trochę lepiej. Tylko trochę.

Tyle wysiłku by przedłużyć życie starego drzewa o kilkadziesiąt, może kilkaset lat. Tyle pieniędzy by uratować drzewo, którego zniknięcie zauważyło by niewielu, które nie zmienia niczyjego życia i które i tak w końcu uschnięcie. A przecież za taką kwotę można nakarmić tysiące ludzi, wykopać setki ujęć wody, zapewnić opiekę medyczną kilku wioskom gdzieś na końcu świata.

A jednak jest coś pięknego w ratowaniu rzeczy z pozoru zbędnych, niepragmatycznych. W tych wszystkich drobiazgach zbyt wzniosłych, lub zbyt małych, by się nimi mógł przejąć świat.

Share on FacebookTweet about this on Twitter