Przepustka

Męską przyjaźń sklejają bardzo różne rzeczy. Zdecydowany uścisk dłoni, chwila nieuwagi, albo zabłąkana żołnierska przepustka do domu publicznego.

–  A wie pan, że znam go od blisko trzydziestu lat – potężny mężczyzna w sile wieku uśmiechnął się do swoich wspomnień – Byłem wówczas młodym oficerem w wojskach powietrznych. Ktoś wymyślił wówczas, że liceum na prowincji otrzyma imię jednego z asów polskiego lotnictwa, jednego z tych facetów bez nerwów, którzy tłukli Niemców latając w „Cyrku Skalskiego”.

Ten był wybitny. Jego historia to wielkie zwycięstwa, pękające w szwach statystyki zestrzeleń, odznaczenia, honory. Końca wojny jednak nie doczekał. Zostało tylko trochę opowieści i walizka z osobistymi rzeczami, która trafiła do Skalskiego.

Z tą właśnie walizką stanąłem u progu gabinetu. Cała szkoła odnowiona, pachnąca jeszcze świeżą farbą. Sprzątaczki biegały jeszcze gorączkowo po korytarzach, żeby dopiąć wszystko na ostatni guzik przed uroczystością, która następnego dnia miała się odbyć z udziałem ministerialnych gości. Podłogi muszą pachnieć pastą, trawę trzeba przemalować na zielono i uczesać w odpowiednią stronę. Wszystko musi zagrać, zero marginesu błędu. Prawdopodobieństwo kompromitacji sprowadzone do zera.

Zostałem przyjęty grzecznie. Chwila serdecznej rozmowy i zasiedliśmy do pracy nad zawartością walizki. Szybko uporaliśmy się z tymi wszystkimi artefaktami. Trochę rzeczy osobistych,  sporo dokumentów, kilka listów miłosnych. Sprawnie wszystko zawiesiliśmy w gablotach i byliśmy naprawdę dumni, że udało się zamknąć w szkle kawałek historii.

Zrobiło się późno, więc zamknięto gabloty, a później szkołę. Razem z moim gospodarzem postanowiliśmy skorzystać z uroków towarzyskiego życia.

Następnego dnia do szkoły przyjechałem kilka godzin przed planowaną uroczystością. Ktoś jeszcze snuł się po korytarzach szukając ostatnich niesfornych kłębów kurzu, ale właściwie pozostawało tylko czekać na przyjazd gości. Jeszcze tylko wspólna kawa po turecku pita ze szklanek w metalowych koszyczkach, ostatnie dyspozycje i niespieszny spacer głównym holem. Przez szklane drzwi można już było zobaczyć podjeżdżające samochody. Rozpoczęło się oficjalne powitanie. W oczekiwaniu na swoją kolej na uściski z notablami zerkałem  jeszcze raz na gabloty i zamarłem.

W centralnym miejscu gabloty wisi dumnie przepustka do domu uciech, którą ktoś wystawił naszemu bohaterowi. Czuję, jak uginają się pode mną kolana. Chwytam za gablotę. Zamknięta. Szybko wyciągam za łokieć mojego nowego znajomego i pytam o klucz. Nie ma.

Klucz zabrał woźny, który jak na złość oddalił się w sobie tylko znanym kierunku. Rozpoczyna się przedstawienie, na froncie którego trwa wyciągająca się w czasie akademia tylko po to, by w tle mogła się obywać bezładna bieganina w poszukiwaniu klucza.

Gablotę udało się otworzyć na czas. Goście obejrzeli wersję wystawy  grzeczną, oficjalną, pozbawioną sztubackich żarcików. A dla nas zaczęła się przyjaźń.

Uśmiecha się raz jeszcze na chwilę zawieszając głos.

– Dawno nie rozmawialiśmy, będę musiał zadzwonić.

Share on FacebookTweet about this on Twitter