Czy potrzebny jest nowy patriotyzm?

Polska z lat mojego dzieciństwa była monochromatyczna. Spędzaliśmy całe dnie wśród szaro-brudnych dekoracji. Jedliśmy dość monotonnie. Chodziliśmy w ubraniach, których kolory sprowadzały się do różnych odcieni kurzu i błota. Program telewizyjny często był równie szary jak lekcje w peerelowskiej podstawówce. Podręczniki za wszelką ceną chciały nas ukołysać swą monotonią, chyba że uderzały w tony patriotyczne. Te zawsze grane były na wysokim C, napompowane hektolitrami patosu.

Uciekaliśmy gdzie pieprz rośnie od tych nadętych niczym policzki Wojskiego wierszy, od pieśni o Lenino, do pierwszomajowych pochodów. Patriotyczny panteon dziwacznie łączący Batorego, Sienkiewiczowskich bohaterów z Leninem z każdym kolejnym rokiem zdawał się coraz bardziej zmurszały. Afekt do nieco skapcaniałej wówczas ojczyzny dla wielu z mojego pokolenia był ostatnią rzeczą, którą chcieliśmy zawracać sobie głowy. Nawet wówczas gdy w 1989 wszystko tąpnęło i krok po kroku zaczęliśmy wchodzić w nowy świat.

Chcieliśmy strzepnąć z siebie w końcu ten szary pył, chodzić w jeansach marki „Piramid”, albo w dresach z kreszu. Pierwsze niemieckie czekolady z okienkiem zapijaliśmy prawdziwą amerykańską Coca-colą. Kupowaliśmy kolejne pirackie kasety z nagraniami zagranicznych zespołów. Patriotyzmu nikt nas nie uczył. Dorośli zajęci byli  zmywaniem swojej szarości, albo ucieczką przed ekonomicznym lejem, który wyżłobiła bomba transformacji. Wzorce, te przedwojenne istniały poza nami. Przesłonięte mgłą niepamięci.

Nie chcieliśmy tego co polskie. Łapczywym okiem spoglądaliśmy na dostatni Zachód. Na te spadające do nas okruchy sytego życia. Daleka Ameryka zdawała się krainą bez skazy. Zielona Karta biletem do raju. Każdy w koło zdawał się mieć wdrukowane z tyłu głowy pierwsze słowa „Mojego Domu”  „Mógłbym być teraz w USA .W pocie czoła zbijać gruby szmal. Bawić starsze panie i mieć credit card .”

Ameryka imponowała nam. Podziwialiśmy amerykański patriotyzm. Kolorowy, radosny, przerysowany. Pełen wewnętrznej pewności afekt do najlepszego kraju na świecie. Patriotyzm dumnie, a zarazem bezczelnie upychający flagi w każde dostępne miejsce; śpiewający pieśń o wolności pod gwiaździstym sztandarem. Daleki od narzekania o wielowiekowych cierpieniach narodu, daleki od egotycznej wizji wpychania narodu w rolę Mesjasza narodów.

Imponował, może właśnie z powodu kontrastów.

Przeczytałem w jednym z artykułów Rafała Prostaka w „Znaku” tezę, o istnieniu dwóch rodzajów patriotyzmu. Pierwszy nazywany instynktownym, czy naturalnym bazuje głównie na emocjonalnym stosunku do wspólnoty. Wymaga on silnej identyfikacji z grupą etniczną, narodem, czy wspólnotą języka. Ta właśnie forma patriotyzmu jest typowa dla narodów europejskich.

W Stanach Zjednoczonych zróżnicowanie kulturowe wymusiło budowę innego modelu zwanego patriotyzmem wolności, czy też patriotyzmem przymierza.  Jest on skupiony nie tyle na przynależności do jednej grupy etnicznej co na wspólnym projekcie jakim jest państwo i wspólnych wartościach wyznawanych przez wspólnotę. Maurizio Viroli wręcz przeciwstawia   ten patriotyzm nacjonalizmowi i pisze: „dla patriotów podstawową wartością jest republika i wolność osobista, którą republika dopuszcza; dla nacjonalistów podstawowymi wartościami są duchowa i kulturowa jedność narodu. W pismach ojców współczesnego nacjonalizmu republika jest albo odrzucana, albo uznawana za kwestię drugorzędną. Patrioci i nacjonaliści (…) usiłują zaszczepić w nas lub wzmocnić dwa różne typy miłości: w przypadku patriotyzmu miłość dobroczynną i wielkoduszną; a w przypadku nacjonalistów bezwarunkową lojalność i ekskluzywne przywiązanie”.

Od czasu gdy rozszczelniono nasz szary karton i zachłysnęliśmy się zachodnim powietrzem minęły niemal trzy dekady. W naszym patriotyzmie staliśmy się bardzo Amerykańscy. W dniu wielkich wydarzeń sportowych samochody masowo obwieszane są biało-czerwonymi flagami.  Hymn na stadionach śpiewany jest na całe gardło. Odzież patriotyczna święci tryumfy. Przy odrobinie wysiłku można znaleźć nie tylko koszulkę będącą widocznym znakiem miłości do ojczyzny, ale nawet płaszcz przeciwdeszczowy, pościel, parasol czy ręcznik. Jeśli ktoś się uprze to nawet uda mu się zjeść prawdziwy  Kebab u prawdziwego Polaka (taki funkcjonuje w Lublinie).

Szkoda jedynie tego, że w uczeniu się afektu do ojczyzny od naszych Amerykańskich braci poprzestaliśmy na kopiowaniu jego zewnętrznych przejawów. Nie znaleźliśmy swoich wartości, które cementują wspólnotę. Nie poszukaliśmy swojej pieśni o wolności. Wolimy w narodowe barwy przybierać nasze pełne frustracji zawołanie  „Teraz k…a my!”.

 

 

Share on FacebookTweet about this on Twitter