Początek

Nie pamiętam smaku pierwszej wódki. Zapewne była ciepła, bo jaka może być wódka pita w parku w środku lipca.

Spróbuję, jednak opowiedzieć tę historię –  Adam spuścił  wzrok, by sięgnąć po papierosa. Odpalił nerwowo, szukając w tytoniowym smogu ukojenia. Na próżno. – Wódka nigdy nie wydawała się ważna. Nie smakowała mi, nie potrzebowałem, nie tęskniłem. Po prostu była. Przygodny dodatek do udanego życia.

Bo ja, Proszę Pana, miałem udane, życie. Zaraz po liceum wpadły mi do kieszeni duże pieniądze. Najpierw sprowadzałem samochody, później własna firma. Do tego  żona, piękna jak modelki z okładek kolorowych magazynów i dom wypełniony śmiechem dziecka. Czułem się tak,  jakby ktoś dał mi do dyspozycji złotą kartę kredytową z nieograniczonym limitem.

Powiedziała, że odchodzi. A ja nie potrafiłem zrozumieć. Zabrała dom, dziecko. Zaraz później zawaliła się reszta życia. Zacząłem ostro pić. A może piłem już wcześniej – wbija oczy w sufit. Zawiesza się, jakby szukał czegoś usilnie w pamięci – Pięć lat wychodziłem z tego gówna. Wódka nie chciała mnie wypuścić. Coraz dłuższe ciągi, coraz silniejszy głód, coraz głębszy brak nadziei. Postanowiłem wyjechać, uciec jak najdalej od problemów. Przydarzyła się okazja do wyjazdu do pracy. Najpierw pracowałem na czarno w Niemczech, później pognało mnie dalej  do Holandii. Dopiero tam  przestało mnie cisnąć. Nie musiałem, nie chciałem. Pamiętać. Tęsknić. Pić.

A jednak w ustach wciąż czułem smak wódki. Wyobraża Pan sobie? Dziesięć lat od ostatniego kieliszka, a ja budziłem się co rano z tym samym gorzkim posmakiem. Nie jestem głupi, wiedziałem, że jak spróbuję, to przepadnę. Wiedziałem, że alkoholikiem jest się przez całe życie.

A potem przyszły czterdzieste urodziny i postanowiłem oszukać system.

Wszystko sobie poukładałem. Byłem pewien, że wypiję tylko jednego. Z butelki Żołądkowej Gorzkiej odlałem kieliszek i postawiłem na parapecie przy łóżku. Resztę wylałem. Przykułem się kajdankami do kaloryfera. Kluczyki oddałem partnerce odprawiając ją na noc do znajomych. Do rana miałem być tylko ja, ten jeden kieliszek  i zero możliwości sięgnięcia po następny łyk alkoholu.  Co może pójść nie tak? Wypiję i zobaczę co się wydarzy w bezpiecznych, kontrolowanych warunkach. Tak wtedy myślałem.

I wie Pan co się wydarzyło? NIC. Nie poczułem nawet lekkiego szmeru w głowie,  żadnego nasycenia, żadnego spełnienia. Nie miałem ochoty na więcej. Przez godzinę wyczekiwałem na jakąkolwiek reakcję. W końcu zasnąłem.

Nic nie wydarzyło się też następnego dnia, ani w następnym tygodniu. Nic we mnie nie wołało o kolejne porcje, nie odczuwałem żadnego braku.

Kilka miesięcy później wpadłem w najdłuższy i najcięższy ciąg w moim życiu. Zaczął się od kieliszka, na który właściwie nawet nie miałem ochoty. Wypiłem bo mogę, bo nic mnie już nie ciśnie. Właściwie nawet  nie wiem jak znalazłem się w Polsce, ani jak trafiłem  na detoks.

– Wydaje mi się, że jest Pan gotowy, Panie Adamie – przerwał lekarz.

– Gotowy? Na co?

– Na nowy początek.

Share on FacebookTweet about this on Twitter