Obojętność, która zabija

Zniknięcie kilku kilogramów wędliny nie zapowiadało dramatu. Zwyczajna rzecz na weselu. Trzeba pilnować, bo ktoś po kryjomu wyniesie wódkę, ktoś inny chwyci kiełbasę.  Pani Krysia, która pomagać miała przy weselu taka się zrobiła rumiana i ktoś widział, że teczkę niosła taką wypchaną. Padły oskarżenia. Wieś szeptała  przez kilka tygodni. W końcu burza ucichła. Ludzie o sprawie zapomniany.

Kilka miesięcy później mąż Wiesi i jej brat Lech piją pod połanieckim kościołem. Razem z nimi  zięciowie Lecha  Władysław i Franciszek, i jeszcze Ignacy, ich sąsiad ze Zrębina. Do kościoła nie wchodzą mimo, że trwa pasterka. Bardziej od podniośle śpiewanych kolęd rozgrzewa ich wódka. I wtedy Lechowi przypomina się ta spawa z kiełbasą i im dłużej o niej myśli, tym silniejsze grają w nim emocje. Wysyła młodą dziewczynę, by wyciągnęła z pasterki Łukaszków, na weselu których wniknęła ta nieszczęsna historia. Niech im powie, że muszą szybko wracać do Zrębina, bo w domu ich rodziców straszna awantura.

Wybiegł Stanisław. Zaraz za nim wybiegła Krystyna podtrzymując swój brzuch ciążowy i Miecio trzynastoletni brat Krystyny. Chcieli jechać autobusem, ale od niego odegnał ich Lech, więc ruszyli na piechotę.

Pasterka się skończyła. Ludzie wylegli z kościoła. Trzydziestu mieszkańców Zrębina wsiadło do sana, by z Połańca dojechać do domu. Nie czekając na kierowcę miejsce za kierownicą zajął mąż Wiesi. Razem Lechem, Władysławem i Ignacym porwali autobus z trzydziestką pasażerów, by dogonić trójkę wyciągniętą wcześniej podstępnie z kościoła. Zaraz za autobusem ruszył zięć Lecha Franciszek w swoim fiacie.

Na oczach trzydziestu świadków  z rozmysłem potrącono Miecia. Potem czwórka sprawców kluczem do kół brutalnie zamordowała  Stanisława i Krystynę. Piąty pilnował drzwi autobusu Trzydzieści osób niczym w paraliżu przyglądało się jak Lech goni Krystynę z zakrwawionym kluczem po polu, jak układają ciała na szosie, by je przejechać i upozorować wypadek. Przez zimne szyby autobusu oglądali, jak obnażano ciało dziewczyny z sąsiedztwa. Nikt nie próbował powstrzymać sprawców, nikt nie wyraził sprzeciwu.

Wszyscy za to zgodnie jeszcze tej nocy przysięgli, że będą ukrywali prawdę. Powtarzali przysięgę nakłuwając palce agrafką, by krwią przypieczętować ponury rytuał. Drugi raz przysięgali na krzyż, kilka dni później w Zrębinie. Przyjęli od sprawców pliki banknotów  i medaliki z wizerunkiem Matki Boskiej. Usta postanowili zamknąć na zawsze.

I może mordercy uniknęli, by kary gdyby świadkowi gubiący się w zeznaniach nie zaczęli wyjawiać prawdy sami oskarżeni o składanie fałszywych zeznań.

I gdyby nie Leszek, który opowiedział prawdę jeszcze przed tamtymi. Człowiek, w którego głowie nie mieściło się kłamstwo wypowiedziane, by kryć bandytów, ani to że można wziąć za nie pieniądze.

Ta historia z 1976 roku została przenikliwie opisana przez Wiesława Łukę w książce „Nie oświadczam się”. Reporter przez lata towarzyszył bohaterom procesu, by znaleźć odpowiedź na pytanie: jak możliwa była taka zbrodnia, jak możliwa była taka obojętność? W jaki sposób udało się trzydziestu osobom tak skutecznie zamurować sumienia.

 

Szachy dla trzech

Szachy wielu uważa, za grę doskonałą, królewską; doskonałe obraz starcia dobra ze złem. Szachy żadna inna gra  obrosły legendami i jak żadna inna gra rozbudza wyobraźnię. Nawet największy ignorant w tej grze zna nazwiska takich mistrzów szachowych jak Karpow, Kasparow , czy Fisher. Chyba też nie ma nikogo kto nie słyszał by o pojedynkach pomiędzy arcymistrzami szachowymi i supernowoczesnym komputerem Deep Blue firmy IBM.

Zdarzył się jednak w historii szachów profesor Filek, filozof. Człowiek, który uznał, że klasyczne szachy są niewystarczające, że nie oddają prawdziwej złożoności zmagania dobra ze złem. Pisał: „Od Sokratesa po dzień dzisiejszy filozofowie rozróżniali dwa rodzaje zła: to, które ja czynię drugiemu, oraz to, które ktoś czyni mnie. Człowiek, który nie czyni lub nie doznaje zła, stoi więc w ramach takiego dwupodziału poza złem, ono by go nie dotyczyło. Istnieje jednak trzecia możliwość: bycie świadkiem zła, a więc pośrednie jego doświadczanie i czynienie”

To spostrzeżenie skłoniło profesora  Flika do zaprojektowania szachów przeznaczonych dla trzech osób. Pracując nad szachami wyobrażał sobie jednoczesną  walkę trzech bokserów w ringu. Aby taka walka nie przekształciła się w bezładną bijatykę należałoby zamknąć ją w sztywno określone ramy. W przeciwnym razie walka będzie niemal zawsze kończyć się albo sojuszem dwóch stron przeciw trzeciej, albo  jeden z graczy będzie próbował przetrwać zachowując obojętność wobec wyniszczającej walki prowadzonej przez partnerów w grze.

By zapobiec takiemu rozwojowi wypadków wprowadził zasadę, w myśl której gra kończy się wraz z zadaniem pierwszego mata. Grę przegrywa zarówno osoba, która mata otrzymała oraz ta, która  asystowała lub biernie przyglądała się zadawaniu mata. Zasada ta miała wspomóc gracza słabszego, któremu grozi mat.

Taka szachownica jak się zdaje to idealny świat. Świat, w którym wyciąga się rękę do pokrzywdzonego, biednego, słabszego. Świat  którego nie ma,  bo w tym prawdziwym obojętność zbyt często ma się dobrze. W jednym, jak się zdaje, profesor miał rację.  Ten kto przygląda się obojętnie złu nie tylko staję się za zło współodpowiedzialnym, w równym stopniu staje się przegranym.  I może obojętność jest  tylko kolejną formą nienawiści, gorszą od tej otwartej. Ta otwarta przynajmniej zauważa istnienie ofiary.

Share on FacebookTweet about this on Twitter