Napoleon

Doktor pracuje za dużo. O osiemnastej pod jego gabinetem nadal przesiaduje kilkanaście osób. Szare, zmęczone twarze skrywające oznaki zniecierpliwienia przedłużającym się oczekiwaniem.  Przed chwilą  po korytarzu rozległo się ciche westchnienie, powtarzany niczym echo jęk zawodu, bo właśnie dostawca przyniósł pizzę. Po kilku minutach sprawy wracają na dawne tory. Wchodzi kolejny pacjent. Przez białe drzwi można usłyszeć stłumioną rozmowę,  a  spóźniony, ledwie tknięty obiad stygnie na parapecie.

W recepcji próbują go bronić. Nie chcą rejestrować do „tego dobrego lekarza”. Nie chcą, by znowu wychodził ostatni. Gdzieś pomiędzy pacjentami dorosły mu dzieci, włosy zaczęły siwieć i żona dorobiła się pierwszych zmarszczek. Wciąż praca, wciąż dwa etaty, spóźnione przejazdy pomiędzy gabinetem internistycznym w przychodni i oddziałem dziennym szpitala psychiatrycznego. Mimo zmęczenia nie dopuszcza nawet myśli, że mógłby przyjmować mniej pacjentów, albo zrezygnować z tych swoich „wariatów”.

Klika lat temu w pracy odwiedził go syn. Przyjechał, bo jakieś dokumenty domagały się pilnego podpisania. „Psychiatryk” odebrał mu pewność siebie. Od progu rozglądał się nerwowo.  W gabinecie chwila serdecznej rozmowy, herbata.  I wtedy pada:

– Tato, przecież to są normalni ludzie. Normalnie rozmawiają, śmieją się , żartują. Na ulicy nie zwróciłbym na nich nawet uwagi.

– A co? Napoleonów się spodziewałeś?

Szachista

Bogdana spotykam w korytarzu polikliniki. Siedzi pod drzwiami gabinetu psychiatrycznego i rozgarnia spracowaną dłonią poprzetykaną siwizną brodę. Wysoki, postawny,  nieco przygaszony. Kłaniam się, wymieniam grzeczności. Daję się wciągnąć w rozmowę. Dobry Boże, zapomniałem jakim on jest gawędziarzem. W kilkuminutowej rozmowie sprzedaje mi kilka historyjek ze swojego życia. Opowiada jak w młodości grał w szachy, że musiał rzucić pracę, bo się rak przyplątał i okradł z sił, że teraz chodzi tylko od lekarza do lekarza.

– Przez ten paskudny nowotwór wylądowałem tutaj – wskazuje na drzwi gabinetu – mój lekarz rodzinny mnie wysłał. Chciał żebym z psychiatrą porozmawiał.

Wydaje się nieco roztrzęsiony, przesadnie wylewny. Mówi  dużo. Za dużo, nawet jak na niego. Żegnamy się pospiesznie. Muszę dalej gonić za swoimi sprawami.

Przy następnym spotkaniu relacjonuje mi tamten dzień. Krótką rozmowę u psychiatry, później równie krótką u psychologa.

– Pani doktor chwaliła moją inteligencję. Powiedziała, że nie mam czego u niej szukać – zapewnia dość nerwowo- Ta psycholog – młoda siksa, też powiedziała, że nie jest mi do niczego potrzebna. Już tam nie chodzę.

Odtąd zapewnienia padają  przy każdym spotkaniu. Jak mantrę powtarza: chwaliła inteligencję, nie chodzę, nie ma potrzeby.

Mucha

Lidka nosi z sobą cały dobytek. Plecak, pasiasta, ruska torba i jeszcze jedna z Biedronki. W noclegowni nie chce nic zostawiać bo kradną. Narzeka na wszystko po kolei. Na pogodę, na to że bolą nogi, że ludzie niedobrzy, zasiek socjalny za niski i pani w kiosku nieuprzejma. Uciążliwa niczym mucha.

Powtarzane całe zwroty, nerwowe ruchy i reakcje zupełnie nie adekwatne do zastanej sytuacji już w pierwszej chwili zdradzają z kim ma się do czynienia. Podsuwają domysły o przyczynach bezdomności. Każą zadawać pytanie: kto by z taką wytrzymał.

Mimo, że zaburzenie psychiczne jest oczywiste nawet dla niewprawnego oka Lidki nigdy nie widział lekarz psychiatra, nie zamieniła w życiu nawet słowa z psychologiem.

Strach

Według danych Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Polsce na różnego rodzaju zaburzenia psychiczne cierpi 8 milionów ludzi, a z opieki szpitali psychiatrycznych korzysta 1,5 miliona Polaków. Często po pomoc  przychodzą bardzo późno. Wielu nie sięga po nią wcale. Psychiatrzy, psycholodzy są dla innych, nie dla nich.

Zaburzenia stanowią tabu. Publiczne przyznanie się do depresji, czy nerwicy jest luksusem zagwarantowanym dla ludzi znanych ze szklanego ekranu.  „Chorzy nie mogą liczyć na społeczne zrozumienie i życzliwość. Wielu z nich wstydzi się przyjść do poradni”- ta wypowiedź  profesora Andrzeja Potemkowskiego z Instytutu Psychologii Uniwersytetu Szczecińskiego dla Polskiego Radia w krótkich słowach zamyka jeden z największy problemów osób z zaburzeniami psychicznymi. Lęk przed stygmatyzacją często okazuje się barierą nie do pokonania.  Chorzy wciąż słyszą listy wulgarnych określeń. Wciąż spotykają się z ostrożnością, dystansem, brakiem zaufania. Zaburzenia psychiczne nadal są częstą przyczyną społecznego wykluczenia. Wizyta u psychologa wciąż jest powodem do wstydu.

Nieczuły świat zdaje się nie zauważać, że problem zaburzeń psychicznych dotyczy  niemal co piątego Polaka. Społeczeństwo wciąż upiera się przy izolowaniu osób zaburzonych. Społeczeństwo wciąż się boi tak jak niegdyś bało się AIDS, tak jak bało się chorób nowotworowych. Wciąż wygodniej jest uważać, że problem nie istnieje i że w szpitalu psychiatrycznym spotkać można Napoleona.

Share on FacebookTweet about this on Twitter