Dziewczynka z zapałkami zdążyła się zestarzeć

Brudna twarz, potargane włosy, za duża, zniszczona kurtka. I te chciwe oczy, patrzące na mnie jak na zepsuty bankomat. Nie potrzebuję jej zapałek. Nie mam w domu kominka, a gaz ma elektryczną zapalarkę. Nie palę nawet papierosów.

Świat naszego dzieciństwa był lepszy. Nasze łzy wylane z powodu dziewczynki z zapałkami spadały na szarobure przedszkolne dywany, na blaty szkolnych ławek, na fałdy maminych sukienek. Przyrzekaliśmy sobie, że nie pozwolimy już nigdy zamarznąć żadnej dziewczynce. Obiecywaliśmy, że jak będziemy duzi i bogaci wykupimy wszystkie zapałki od żebrzących dzieciaków na całym świecie.

Z biegiem lat to przekonanie zbladło. Pojawiły się pytania. . O to, które dziewczynki są prawdziwe, a które udają. O to,  czy kupując zapałki naprawdę pomagam dziewczynkom? Czy stać mnie na pomoc? Czy naprawdę muszę ocalić je wszystkie? Z biegiem lat dziewczynki zniknęły gdzieś w tłumie mijających mnie ludzi. Przestałem je zauważać.

Dziewczynka z kartą Tesco

 

Znowu to samo. Zanim ustawiłem się w kolejce do kasy szybko oszacowałem, w której z najszybciej ubywa klientów. Zaglądnąłem ludziom do wózków, by odgadnąć, który ogonek daje największe szanse szybkiego wydostania się z marketowego hałasu. Gdy tylko zdążyłem się ustawić wszystko zamarło. Wymiana taśmy z paragonami, niezważony kalafior, błędny kod na wazie do zupy, konieczność anulowania transakcji przez kierownika kas. Nieszczęście pogania nieszczęście. Wszyscy klienci bez wyjątku przebierają niecierpliwe nogami, przekonani, że trafili na najbardziej nieudolną na świecie kasjerkę. A ta na dodatek, z uporem maniaka, każdego nagabuje by wyrobił sobie kartę, dzięki której co miesiąc zyska raptem kilka złotych rabatu.

Gdy w końcu przychodzi do płacenia jestem mocno zirytowany. Zaciskam zęby i czekam na pytanie o tę durną kartę, z której przecież nie zamierzam skorzystać. Kasjerka spogląda na mnie wzrokiem przepełnionym desperacją. Coś we mnie pęka. A niech tam, niech wyrobi mi tę kartę skoro jej tak bardzo zależy. . Ślamazarnie przepisuje dane  z mojego dowodu osobistego do formularza. Ludzie za mną zdają się osiągać temperaturę bliską wrzenia. A w mojej głowie przewijają się kadry złożonego z domysłów filmu. Pewnie ktoś narzucił plan  sprzedaży tych kart i teraz ciśnie  Bogu ducha winną kobietę, bo sam musi bo sam musi się wykazać sukcesem. Pewnie jak ich nie sprzeda będzie miała kłopoty, może ją wyrzucą  z pracy i znów będzie siedziała na „kuroniówce”. Pewnie dziś kilkaset razy usłyszała: „nie dziękuję, nie potrzebuję tej karty”. A niech ci z tyłu się gotują, niech sobie tupią nogami. Pani przecież musi  wypisać tę kartę.

Chłopiec z ostrzałką do noży

 

Przekręcam zasuwkę zamka. Szczupły, czterdziestoparoletni mężczyzna staje przed moimi drzwiami z wyładowaną jakimś żelastwem skórzaną torbą. Uśmiecha się niewyraźnie spod krótko przystrzyżonego wąsa.

– Dzień dobry. Może chciałby Pan, żeby noże naostrzyć?  Wie Pan ja mogę… noże, nożyczki… – spogląda wymownie na torbę.

Krótkie „dziękuję” zamyka przestrzeń rozmowy. Wisi w powietrzu, sprowadza ciszę. Człowiek z wąsem kłania się nieśmiało i odwraca głowę, by za chwilę zapukać do kolejnych drzwi.

Chwilę później z żoną siedzimy przy kuchennym blacie. Rozmawiamy.

– A pomyślałeś, że ten człowiek w ten sposób zarabia na życie? Że skoro chodzi od drzwi do drzwi, to pewnie jest zdesperowany w poszukiwaniu pieniędzy na utrzymanie?

Nie, o tym nie pomyślałem. Pomyślałem o tym, że noże chyba mam ostre. A nawet jeśli nie, to na dnie szuflady na pewno znajdę ostrzałkę. Pomyślałem o tym, że nie mam ochoty wpuszczać do domu obcego faceta ze skórzaną torbą i dawać mu ostre narzędzia do ręki.  O nim nie pomyślałem.

Jeszcze przez jakiś czas widywałem człowieka z wąsem chodzącego od bloku do bloku z tym swoim przenośnym warsztatem. Do nas nie zapukał już nigdy. Później zniknął. Może dostał normalną pracę na etat? A może już nikt nie potrzebował ostrzenia noży?

Dziewczynka z kwiatami

 

Lato. Żar leje się z nieba. Pod osiedlowym sklepem znów niemal potykam się o tę samą staruszkę.  Stoi tu od rana z ustawionymi w kilku litrowych słoikach kwiatami, których rano nacięła w ogrodzie. Przechodzę tędy dziś czwarty,może piąty raz. W końcu starsza pani czuje się nieco bardziej ośmielona i pyta czy nie chce kupić kwiatów dla żony. Spoglądam na koślawe, sfatygowane już upałem bukiety i dochodzę do wniosku, że nie chcę. Chce mi się tyko pić. Chce mi się jak najszybciej wejść do sklepu i wyciągnąć z lodówki butelkę chłodnej, gazowanej wody.

Między regałami zamieram w zgorszeniu samym sobą. Znów: nie chcę, nie potrzebuję. Znów świat się kręci wokół mojego pępka, choć moja dziewczynka z zapałkami zdążyła się już solidnie zestarzeć. Po chwili już wiem, że chryzantemy są po trzy, a turki po złoty pięćdziesiąt. Kupuję  wszystkie. Uspokajam swoje sumienie za dwadzieścia złotych. Tanio. Bardzo tanio.

Share on FacebookTweet about this on Twitter