Duży

Idzie uwieszony na matczynej ręce, niczym ślepiec z brueglowskiego obrazu. Trzydziestoparoletnia twarz skryta pod zaciągniętą zbyt głęboko czarną, niemodną czapką zdradza niepełnosprawność intelektualną.

Duży zaczekaj, muszę coś załatwić –rzuca kobieta nim rozłączy na chwilę niewidzialną pępowinę i podejdzie do urzędniczej lady. W tym jednym słówku „Duży” jest coś niebywałego. Jakaś totalna czułość, bezmiar rodzicielskiej troski.

Duży zostaje na chwilę sam. Rozgląda się wokół nieco nieprzytomnym wzrokiem. Kiwa się niepewnie na nogach. Na wysokiej   niezgrabnej sylwetce miarowo faluje czarna kurtka uszyta na kogoś jeszcze większego. Nie wydaje z siebie nawet szeptu. Nie nawiązuje z nikim kontaktu. Z nikim nie wymienia się spojrzeniami.  Stoi zaledwie kilka kroków od matki, a jednak wydaje się porzucony na środku ogromnego oceanu.

Dlaczego Duży? Dlaczego nie mówi do niego po imieniu? Może tak im się spodobało. Może chciał, albo zbyt głośno domagał się, że już nie jest Mały. Może to wyraz nadziei, że Duży sobie jakoś poradzi, że w końcu będzie choć trochę samodzielny. Albo też wypowiadane gorączkowo zaklęcie przeciw kolejnym pojawiającym się na matczynej twarzy zmarszczkom, przeciwko kolejnym krzyżykom na karku. Przeciwko dobijającym się coraz głośniej pytaniom co się stanie z synem, gdy ona wyruszy w ostatnią drogę. Czy ocaleje? Czy nie utonie?

Teraz, nim skończy załatwiać swoje sprawy, kilkakrotnie obróci się jeszcze, by zlustrować jego poczynania. Później podejdzie i z pogodnym uśmiechem chwyci go za rękę ustanawiając na nowo połączenie.

Chodź Duży. Idziemy.

Share on FacebookTweet about this on Twitter