W szczerym polu trudno zgiąć kolana. Przypatruje się tylko słońce i wiatr łagodnie rozczesujący źdźbła trawy. Trudno udawać, robić coś na wyrost, silić się na teatralne gesty. Gra się tylko dla siebie. Bez partytury, bez konwenansów, bez planu. 

Ręce bolą od ciężkiej pracy. Stopy niosły przez zbyt wiele ścieżek. Dni mijające jeden za drugim dodały zmarszczek, siwych włosów i łat na ubraniu. Trudno o siły, dumę, chwałę, czy choćby godność. Jest tylko marność, którą ktoś przez pomyłkę nazwał koroną stworzenia. Cień mizerny, za którym wołają: oto ziarno jałowe, wątłość nie zdolna do lotu, ecce homo. A trzeba jeszcze zebrać choć drobinkę energii i spróbować na chwilę oderwać się na chwilę od ziemi, wznieść swoją biedę ponad grunt choćby o grubość kapoty. Trzeba oprzeć o drewnianą ścianę strapione czoło, porzucone złudzenia,  brak nadziei i to, że nie da się już wierzyć w siebie. I  jeszcze  poszukać za tymi kilkoma deskami kogoś, w kogo da się wierzyć. Kogoś, kto jeszcze czeka.

Tu, pod tym niebem, nie ma gotowych odpowiedzi. Nie ma ich gdy się klęka, ani gdy odchodzi się ze spotkania. Nie ma nikogo, kto pospieszy z  własnym rozwiązaniem. Nie ma uczonych rozpraw, wielkich filozofów, kodeksów, światopoglądów uwierających niczym wykrochmalony kołnierz świątecznej koszuli. Są tylko nieznośne pytania. Czy jest ktoś po drugiej stronie? Czy jest wszechmocny, wielki? A może lichy, frasobliwy, albo mizerny jak wszystko dookoła, albo tylko kawał lipowego drewna toczony przez korniki?

Rzeczy, te pewne bardzo łatwo wyliczyć: drewniana kapliczka, klęczący człowiek i rzeczywistość spotkania, którą nie sposób odmierzyć linijką. Spotkania z absolutem, lub z samym sobą. Wiara to kwestia wyboru.

 

 

„Spowiedź” Wlastimil Hofman , 1906,

olej, płótno; 139,5 x 146 cm,

Muzeum Narodowe w Warszawie

 

Udostępnij:
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter