Jaki ten Jezus dzisiaj delikatny, kruchy. W warsztacie ojca skaleczył się w rękę i krew powoli ścieka na stopę. Ostrożnie całuje matkę, która towarzyszy w jego małym cierpieniu i lekko niczym motyl ucieka od dosłowności.

Józef nawet nie oderwie się od pracy. W skupieniu nadal będzie zmagał się z drewnem. Lecz Jan, równie kruchy jak Chrystus ostrożnie przyniesie wodę w misie połyskującej złotem. Na szczeblach drabiny przysiądzie gołębica. Odpocznie na chwilę nim zerwie się do lotu nad Jordanem. Na oknie niepotrzebnie zapalona lampa oliwna będzie wyczekiwać, tak samo jak czekają na pasterza owce stłoczone za płotem. Tak jak czeka studnia, by zaczerpnąć z niej wody. Tak jak czeka droga na stawiane uparcie kroki.

Żadnych wielkich dramatów, wyniosłych grymasów, gestów strzelistych. Zwykły dzień w warsztacie cieśli. Dobra, nie aspirująca do wielkich wydarzeń codzienność. Chwila, zaledwie mgnienie, w której jak w bursztynie zatopioną większą historię.

A jednak panowie z „The Times” będą się oburzać, że ktoś mógł namalować Świętą Rodzinę  „bez żadnego wyobrażalnego pominięcia nędzy, brudu, nawet choroby”, że  wszystko przedstawiono „z tą samą obrzydliwą drobiazgowością „. A jednak Charles Dickens uzna obraz za wulgarny, opisując młodego Chrystusa jako „ohydnego, wykrzywionego, kruchego, rudowłosego chłopca, w szlafroku”.

Bo kto by się spodziewał po Bogu, że może być mały i rudy. Kto by pomyślał, że chodzi w płóciennej koszuli po ciesielskim warsztacie i że może skaleczyć się w rękę. Kto by się spodziewał Boga, który nie spełnia ugruntowanych wyobrażeń, nabrzmiałych oczekiwań.


„Chrystus w domu swoich rodziców ”    John Everett Millais, 1849-50

Farba olejna na płótnie

Tate Britan


 

Udostępnij:
Share on Facebook
Facebook
Tweet about this on Twitter
Twitter