Skip to content

Wszystko dobrze tato?

Zanim położę się spać zaglądam do pokoi dzieci. Patrzę przez chwilę na ich spokojny sen. Po kolei nazywam emocje i zadaję sobie pytanie czy dziś byłem dobrym ojcem. Czy potrafiłem im poświęcić wystarczająco dużo uwagi, życzliwości, czasu? Czy udaje mi się sprostać tej, kto wie, może najważniejszej w życiu roli?

Mówi się, że jesteśmy pokoleniem dotkniętym kryzysem ojcostwa. Pokoleniem mężczyzn mających trudności z budowaniem więzi. Mówi się o nas jako o mężczyznach zbyt słabych, ulepionych z miękkiej pozbawionej właściwości masy. Wsłuchując się w te głosy krzyczące o kryzysie ojcostwa oczyma wyobraźni widzę tych, którzy szli przed nami: ojców archetypicznych, spiżowych. Tych sprzed czasów cywilizacji technicznej, którzy swoje dzieci zabierali do wspólnej pracy, by przekazać im wszystkie swoje umiejętności i wiedzę. Tych, którzy cały swój dzień spędzali z rodziną. Zaraz za nimi równym rzędem podążające sylwetki ojców z pokolenia mojego taty i dziadka. Spoglądam na nich badawczym wzrokiem, z pewnym niepokojem, wręcz kompleksami. Ja ojciec trójki dzieci z pokolenia, jak twierdzą niektórzy, dotkniętego kryzysem naturalnych ról męskich. Ojciec pełen niepewności.

Kryzys

Wśród pytań zadanych w przeprowadzonej niedawno przez CBOS ankiecie dotyczącej postaw i światopoglądu dzisiejszej młodzieży, pojawiło się pytanie o to, na kogo młodzi najbardziej mogą liczyć w najtrudniejszych chwilach, do kogo zwracają się ze swoimi problemami. Sześćdziesiąt procent wskazało na matkę, trzydzieści sześć procent na przyjaciół, dwadzieścia dziewięć na swoją sympatię. Ojciec został wskazany przez dwadzieścia osiem procent biorących udział w badaniu nastolatków.

To miara siły relacji, obecności, zaufania. Nota z egzaminu, który jak się zdaje nie został przez ojców zaliczony. Wystarczający powód, by podnieść tezę o dotykającym nas kryzysie ojcostwa, którego istnienie zdaniem wielu jest faktem bezdyskusyjnym. Powód, by wskazywać, że współczesny tata jest ojcem nieobecnym, niezaangażowanym w wychowanie, nieuczestniczącym w życiu swoich dzieci. By mówić za Claudio Calvaruso o  „cywilizacji bez ojca”.

Przesłanek istnienia takiego kryzysu jest, zdaje się, więcej. Wystarczy wpisać do internetowej przeglądarki frazę „ojcostwo”, by nabrać przekonania, że najbardziej pożądanymi dziś informacjami dotyczącymi tej dziedziny życia są te z zakres ustalenia ojcostwa. Coraz częściej również można usłyszeć głosy o braku męskich wzorców, autorytetów, a także historie osób, których problemy emocjonalne spowodowane są trudnymi relacjami z ich ojcami. Do ogólnego obrazu należy dodać i to, że co czwarte dziecko w Polsce, według danych spisu powszechnego z 2011, wychowywane jest w rodzinie niepełnej, z czego 90% to rodziny pozbawione ojca. Rodziny, których w miejscu dobrego, przeciętnego, czy choćby miernego taty zajmuje czarna dziura.

Ładnie mówisz o swoim tacie

Obraz przejrzysty, jasny, zdający się rozwiewać wszelkie wątpliwości. Chciałbym jednak w tym miejscu postawić kilka zastrzeżeń, kilka znaków zapytania. Po pierwsze mówienie o kryzysie ojcostwa zdaje się być znacznym uproszeniem. Jak wspomniał w jednym z wywiadów ojciec Józef Augustyn SJ „Trzeba raczej mówić o kryzysie małżeństwa, który pociąga za sobą kryzys rodzicielstwa”. Mężczyzna funkcjonuje przecież w rodzinie. Jego ojcostwo nie jest zbiorem zwieszonych w próżni obowiązków i ról do wypełnienia. Kryzys instytucji małżeństwa, aż nadto widoczny, niemal z automatu pociąga za sobą wzrost liczby rodzin niepełnych. Rodzin, w których ojciec nie może spełniać swojej roli bo zwyczajnie jest nieobecny.

Zastrzeżenie drugie dotyczy zmiany wymagań stawianych ojcom. Zdarzyło mi się ostatnio usłyszeć w rozmowie, że ładnie mówię o swoim tacie. Bo i powodów, by mówić o nim dobrze mam wiele. Pamiętam jednak, że postawy mojego ojca, dziś dość powszechne wśród mężczyzn kiedyś potrafiły budzić zdziwienie. Zbieranie dzieci przez ojca na spacer, przesiadywanie z nimi na placu zabaw, zajmowanie się czasem nawet przez cały dzień  nie były wówczas wcale oczywiste. Dla mężczyzn z pokolenia moich dziadków często nie do wyobrażenia było zmienienie dziecku pieluchy, czy wykonywanie jakichkolwiek czynności pielęgnacyjnych.  Mężczyzna miał przede wszystkim  zapewnić rodzinie byt. Domem i dziećmi w tym modelu rodziny zajmowała się żona.

Można by więc postawić tezę, że mamy do czynienia nie tyle z kryzysem ojcostwa, co z kryzysem pewnego jego modelu. Nasze relacje małżeńskie coraz bardziej partnerskie, oparte na zasadach równości. Mężczyźni stracili pozycję jedynego żywiciela rodziny, wymaga się od nich większego zaangażowania w sprawy domu, wychowania dzieci. Owo przewartościowanie przebiegło, jak się zdaje na tyle gwałtownie, że nie potrafiliśmy skutecznie określić nowych norm kulturowych. Nie zdążyliśmy sobie na nowo zdefiniować kim jest ojciec, w jaki sposób powinien się realizować w rodzinie, jakie są najważniejsze stawiane przed nim zadania. Pozostaliśmy z wymaganiami niejasnymi, z podstawianym nam przed nos obrazem niegdysiejszych ojców herosów, bohaterów eposu o rodzicielstwie z przed ery jego degeneracji.

Otulając dzieci kołdrą  odkładam swoje wątpliwości na później, niczym Scarlett O’Hara. Pomyślę o tym jutro. Sprawdzam jeszcze drzwi, czy zamknięte, czy nie przepuszczą żadnego kryzysu.

 

Share on Facebook113Share on Google+0Tweet about this on Twitter